Kampania wyborcza.W Polsce jest to temat tabu ,zgodnie milczą o tym PiS, KO i Lewica

Jest coś, co łączy programy Prawa i Sprawiedliwości, Koalicji Obywatelskiej i Lewicy. W żadnym z nich nie znalazła się propozycja zwiększenia podatków dla najbogatszych. Podatek progresywny to wciąż w polskiej polityce temat tabu.

.

– No ogół nie zdajemy sobie sprawy, że polski system podatkowy jest degresywny, tzn. im ktoś jest bardziej bogaty, tym mniejsze, proporcjonalnie, podatki płaci – mówił mi prof. Marek Garbicz ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Potwierdza to tegoroczny raport „Kogo obciążają podatki w Polsce?” dr Jakuba Sawulskiego, opublikowany przez Instytut Badań Strukturalnych.

Z badań wprost wynika, że najmniej zarabiający płacą w Polsce najwyższe podatki.

Jak to możliwe? Jeśli weźmiemy pod uwagę nie tylko stawki podatku dochodowego (18 i 32 proc.), ale również wysokość składek oraz fakt, że osoby na najwyższych szczeblach menedżerskich przechodzą na samozatrudnienie (19 proc. podatku, a w praktyce, z odliczeniami, ok. 15 proc.), to wyjdzie nam, że procentowo więcej fiskusowi oddają ci z mniejszymi zarobkami.

„Większość państw UE stosuje progresywne opodatkowanie pracy (wyższe dla wysokich zarobków). Polska jest tu wyjątkiem” – czytamy we wspomnianym raporcie.

Enigmatyczne programy

W kampanii wyborczej załamuje się ręce nad stanem polskiej ochrony zdrowia czy edukacji. Brakuje lekarzy, brakuje nauczycieli. Kolejki do specjalistów, zatłoczone szkoły. Żałosne zarobki pielęgniarek i nauczycieli. Politycy przerzucają się złotymi receptami.

Jednocześnie nikt nie ośmieli się zaproponować, by jednym z elementów naprawy tego stanu rzeczy było podwyższenie obciążeń podatkowych dla najlepiej zarabiających.

Koalicja Obywatelska chce zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia i zarazem obniżyć podatki wszystkim.

„Dzisiaj rząd zabiera nam prawie połowę pensji. W Koalicji Obywatelskiej wiemy, jak sprawić, żeby w kieszeniach Polaków zostało więcej. Po obniżce PIT składki na ZUS i NFZ nie przekroczą 35 proc., ale jednocześnie emerytura i świadczenia zdrowotne będą na wyższym poziomie” – zapewnia KO w swoim programie.

Lewica ewidentnie kwestię podatku dochodowego omija szerokim łukiem. Krakowska jedynka komitetu prof. Maciej Gdula, pytany w „Krytyce Politycznej”, czy lewica jest „zdeterminowana zmienić system podatkowy” i czy bogaci zaczną płacić wyższe podatki niż ubodzy, odpowiedział: „Zmiany, jeśli będą, to raczej kosmetyczne, bez zmiany poziomu obciążeń i tego, jak wygląda skala progresji podatkowej”.

.

Z kolei Prawo i Sprawiedliwość pisze w swoim programie enigmatycznie: „zaproponujemy nowe ustawy o podatkach dochodowych”. A na trzeciej stronie obiecuje „obniżenie podatków”.

Na razie rząd nieśmiało zabrał się za zniesienie limitu składek na ZUS, jednak wicepremier Jarosław Gowin uważa, że jest to wciąż „sprawa otwarta”.

Z czego dumny jest Duńczyk

Żadne ze środowisk politycznych ubiegających się o miejsca w nowym parlamencie (Lewica Razem tym razem taktycznie milczy) nie wskazuje na zależność obserwowaną na Zachodzie – wysoka jakość usług publicznych, takich jak ochrona zdrowia, edukacja czy transport, wiąże się z wysokimi i progresywnymi podatkami. Progresywnymi, czyli takimi, które łagodzą obciążenia dla najmniej zarabiających poprzez wysoką kwotę wolną od podatku, i rosną wraz z przekraczaniem kolejnych progów (przy czym odprowadzane są od „nadwyżki”, czyli do danego progu wszyscy płacą takie same podatki).

Najwyższe daniny na świecie odprowadzają Skandynawowie, ale w zamian otrzymują standard życia nieobserwowany dotychczas w historii ludzkości.

„Dla wielu Duńczyków olbrzymie podatki wydają się najwyższym symbolem kolektywnego poświęcenia” – odnotowywał ze zdziwieniem brytyjski dziennikarz Michael Booth.

„Duńczyk odczuwa dumę, mogąc powiedzieć: płacę bardzo wysokie podatki” – powiedziała mu antropolożka i dziennikarka Anne Knudsen (cytaty pochodzą z książki Bootha „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych” i wbrew pozorom nie jest to wcale hołd dla skandynawskiego modelu).

Podatki w najbogatszym państwie świata – Stanach Zjednoczonych – są z kolei stosunkowo niskie (mowa o praktyce, bo w teorii podatek dochodowy mają progresywny jak diabli). Przy czym gołym okiem widać sypiącą się infrastrukturę, rdzewiejące mosty, kulejący lub nieistniejący transport publiczny, brak podstawowych praw pracowniczych w postaci choćby płatnego zwolnienia lekarskiego czy płatnego urlopu, studenci kończą uniwersytety zadłużeni po uszy, a o dramatycznym stanie całkowicie sprywatyzowanej ochrony zdrowia w USA można pisać książki, i takie książki oczywiście powstają.

Amerykańska lewica, czyli wciąż jednak skrajne skrzydło Partii Demokratycznej, z rozrzewnieniem wspomina prezydenta Dwighta D. Eisenhowera, który wprowadził podatek 91 proc. dla dochodów powyżej 400 tys. dolarów i wybudował za to Amerykanom piękne autostrady.

No dobrze, ale co z tą Polską?

Jak czytamy w raporcie dr Sawulskiego, podatki w Polsce nie są szczególnie wysokie.

W 2017 roku dochody z podatków i składek w naszym kraju stanowiły równowartość 34 proc. PKB. W państwach bogatszych – tzw. starej piętnastki UE – ta wartość była wyraźnie wyższa i wynosiła 39 proc.

Jednak na tle pozostałych państw razi niesprawiedliwość polskiego systemu polegająca na tym, że im mniej się zarabia, tym wyższe podatki trzeba płacić. To europejski ewenement.

Dlaczego zatem nikt w kampanii wyborczej wprost nie mówi, że bogaci powinni płacić wyższe podatki niż obecnie? Dlaczego nikt nie postuluje podwyższenia podatków w Polsce w ogóle – choćby do poziomu unijnej średniej – po to, żeby usługi publiczne stały na wyższym poziomie?

PiS i KO obiecują: obniżymy podatki. Lewica zapewnia: nie podwyższymy.

.

Odpowiedź na powyższe pytania jest oczywista i czytelnik zapewne już dawno do tego doszedł – uważa się, że jest to politycznie nieopłacalne.

Nawet antyelitarny PiS i nawet z powrotem lewicowa lewica ostrożnie stawiają kroki, obawiając się społecznego gniewu i napiętnowania w mediach.

Pokutują jeszcze intelektualne klisze z lat 90.: niskie podatki – dobre, wysokie – złe, podatki progresywne – socjalizm, komunizm i karanie za przedsiębiorczość.

Patologiczny, bo regresywny, system podatkowy będzie więc utrzymywany dopóty, dopóki spece od propagandy nie poinformują szefów partii politycznych, że w ich ocenie można już tę sprawę ruszyć, a nawet na niej zyskać.

Do tego czasu będziemy przekonywani, że można zjeść ciastko i mieć ciastko: obniżyć podatki i naprawić polskie szkoły i szpitale.

źródło : interia.pl

Share